Baba na zimnej wodzie--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Baba na zimnej wodzie Witajcie! Kolejna relacja z rejsu, bynajmniej nie żeglarska, a na wskroś kobieca. Kiedy decyzja była już podjęta usłyszałam mądrość ludową, „kiedy facet chce się baby pozbyć - na Bałtyk musi ją zabrać”. W oryginale co prawda było o małżonce, ale ja młoda jeszcze jestem, więc powiedzenie należało dopasować. Istnieje coś takiego jak przeczucie. Podobno kobiety mają ten szósty zmysł rozwinięty bardziej. Nad różnicami damsko - męskimi niech zastanawiają się naukowcy, którym za to płacą. Mnie nikt nie płaci, zatem pozostańmy przy wersji, że ja swoje wiedziałam i już! Spytacie cóżeś takiego wiedziała? Po kolei. Niepewni czy rejs się w ogóle odbędzie, zrobiliśmy zakupy żywieniowe na jedenaście dni pływania. Niestety nutelli nie udało mi się przeforsować, ale jakiś czekoladowy substytut w koszyku wylądował. Jak się później okazało - jest to element żywieniowy konieczny na jachcie - tak jak obowiązkowe jajka. Późnym wieczorem ruszamy w drogę, załoga powolutku stara się integrować. Szczyt integracji jednakowoż przypada na ranek, kiedy to już na terytorium Danii wyciągamy malinówkę - jednym słowem mycie zębów zaliczone. Okazuje się, że jacht niestety nie dotarł do planowego portu i droga zostaje urozmaicona o przeprawę promową do Norwegii oraz przejazd piękną krętą drogą przecinającą norweskie fiordy. Wiedziałam, że pojadę do Norwegii, ale nie sądziłam, że jeszcze w tym roku. Jestem pod urokiem szachownicy łąk, owieczek miękko oświetlonych blaskiem zachodzącego słońca. Z ciekawością oglądam norweskie budownictwo, znane mi dotąd tylko ze zdjęć. Lepiej żeby nikt tych zabudowań nie przenosił na polskie tereny, ale tutaj nie wyobrażam sobie domku, bez białej lamówki wkoło niebieskiej szyby okna. Po wielu godzinach jazdy mamy już dość, a informacja, że jacht jest w agonalnym stanie i nie wiadomo jak o tym powiedzieć załodze wzbudza we mnie lekki niepokój. Jednak nie bez powodu nazywają mnie chodzącym optymizmem - mówię: wszystko będzie dobrze. Kapitan mimo to nie jest przekonany. Szukamy portu i keji, przy której ma stać jacht. Mamy dwa GPS’y i jakoś nie możemy trafić, nieśmiało mówię, że należy skręcić TU. Słyszę, że nie będziemy błądzić ot tak! I przejeżdżamy 20 km w całkowicie złym kierunku. Zamykam się w sobie i już nic nie mówię. Ostatnim wysiłkiem kobiecej mądrości staram się powstrzymać od słynnego „A nie mówiłam!”, kiedy skręcamy we wskazaną wcześniej przeze mnie uliczkę. Docieramy w końcu i ... powiem tylko tyle dwa dni trwał klar i naprawianie usterek. Pomimo swojego wieku, znam znaczenie słowa „porządnie”. Kambuz, który naturalnie jakoś spada na moje barki zaczyna wyglądać „porządnie”. Chłopaki pilnie cerują żagle, chociaż nie, słowo „cerują” jest nie na miejscu - oni je szyją. Silnik zaczyna miło mruczeć, po pieszczotach, awanturach i uprzejmych błaganiach Andrzeja. Cześć załogi niewiewiedzieć czemu pyta mnie, a co by było gdyby nie było Andrzeja - co by zrobił Kapitan? Jak to co! Z pewnością zakochanej kobiety odpowiadam - NAPRAWIŁBY. Z tych dni w pamięci zostanie mi słowo - „dziękuje”. Będzie ogrzewać w zimowe zapewne samotne dni. Wypływamy! Tyle tylko, że ja tego nie widzę, bo Kapitan zapragnął pierogów. Więc z całą pasją zagniatam ciasto i lepię ponad setkę pierogów myśląc sobie, że pewno wszystkie się rozkleją, że w takich warunkach to musze mieć nierówno pod sufitem, żeby zajmować się robieniem ruskich pierogów! Jeśli ktoś jednak byłby zainteresowany, szczegółowy przepis „pierogi ruskie na morzu północnym” udostępniam bezpłatnie w zamian za rejs... Gnieciuchy z omastą boczku okazują się prawie tak dobre jak te mamusine. To chyba dlatego potem chłopaki będą mnie nosić na rękach w Szczecinie przed dworcem. Już li tylko z tego powodu było warto! Nareszcie wchodzę na wachtę nawigacyjną. Przez cztery godziny do 24 odpoczywam za sterem nie dając sobie go wyrwać z rąk. Łódka na początku jakoś dziwnie się prowadzi, nie chce słuchać, cóż nazwa zobowiązuje, a „Bies” swoje znaczenie ma. Mówię chłopakom, że ster się zacina, ale słyszę tylko, że tak ma. Widać nie znam się, więc nie dyskutuję. Następnego jednak dnia jakaś tam śrubka zostaje dokręcona i ster pracuje normalnie, a ja uśmiecham się pod nosem. Przelot do następnego portu zajmuje nam prawie trzy doby. Nie narzekam. Mam to co chciałam - dużo pływania. Załoga zgrana i sympatyczna. Jedyny zgrzyt jaki powstaje, to lekki bunt związany z szyciem foka sztormowego, który wygląda jak spódniczka hawajskiej tancerki. Żagiel do ostatniego dnia rejsu nie został naprawiany - nie było takiej możliwości, chociaż Pierwszy Po Bogu miał inne wyobrażenie. W porcie idę na samotny spacer. Oceniam rejs na półmetku, a widok łączących się dwóch mórz sprzyja przemyśleniom. Znowu czuję tę pewność co do przyszłości, znowu wiem czego mogę się spodziewać. Żeglarsko jestem praktycznie spełniona, kobieco robi mi się coraz smutniej. W marnym nastroju obserwuje nasze odejście od keji. Obieramy kurs na następny port. Rano budzę się i staram trzymać z daleka od wszystkich. Na takiej łódce jest to praktycznie niewykonalne, a wylegiwanie się w koji nie wchodzi w rachubę. Załoga widzi, że coś jest nie tak. Wiatr mamy korzystny, płyniemy praktycznie dobrym kursem, foka nie szyjemy... Odpoczywamy w leniwych nastrojach, wystawiając twarze do słońca. I tu zaczyna się problem. Okazuje się, że mój nastrój wpływa na całą załogę w wyjątkiem Kapitana, który chowa się w koji. Obiad, to praktycznie grobowa atmosfera. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak przywołanie uśmiechu na twarz. Przecież mam to co chciałam. Żagle, dzielną łódkę, wspaniałych współzałogantów, korzystną pogodę, a że serducho boli? Trudno, nie można mieć wszystkiego. Powiem jednak szczerze, nie przypuszczałam, że humor całej załogi może zależeć tylko od jednej osoby. A może to wielki egoizm przeze mnie przemawia? Godziny mijają wyznaczane kolejnymi wachtami. Na mojej wypada podejście do kolejnego dużego portu. Znowu przyglądam się biernie, starając się jak najwięcej podpatrzeć, zapamiętać, nauczyć. Kiedyś będzie trzeba zrobić kurs i zdobyć patent, bo jak na razie moja wiedza jest mała, żeby nie powiedzieć - żadna. Zastanawiam się tylko dlaczego „oko” mówi, że do keji mamy 5 metrów jak w mojej ocenie są maksymalnie 2? W efekcie biedny jacht i tak już nieźle poobijany zalicza kolejnego kuksańca. Krótki postój szybko mija, po części przyczyniają się do tego wyprawy logistyczne w celu odwiedzenia toalety, które zajmują ok. 40 minut, z czego 38 zajmował sam spacer najkrótszą drogą. Po zrobieniu koniecznych zakupów, a wierzcie mi, kupienie chleba za równowartość 5 złotych uważam za swój osobisty oszczędnościowy sukces, wypływamy już do Polski. Mijamy po drodze sławne wiatraki i prościutko do domu. Zaczyna mocniej wiać, a jakby nie patrzeć fok sztormowy jest niezdatny do użytku. Na szczęście wiatr się nie wzmaga i bezpiecznie docieramy do polskiego wybrzeża, po drodze Radzio opuszcza banderę salutując okrętom Marynarki Wojennej, które kończą ćwiczenia „Anakonda 2008”. Marynarze z ORP „Poznań” i ORP „Gniezno” serdecznie odpowiadają na pozdrowienie i uśmiechy załogi. Jedni nawet nazbyt emocjonalnie... co nie uchodzi uwadze Kapitana. Rasowy pies ogrodnika. Prysznic, wieczór kapitański, z którego szybko uciekam, bo zmęczenia daje się we znaki, zwiastują koniec rejsu. Rankiem płyniemy oddać jacht do klubu, ale zanim to nastąpi zaczynamy robić klar. Znowu przypomina się znaczenie słowa - porządnie. Kapitan zdaje jacht, potem już tylko toasty, za jacht, za Kapitana, za załogę, za pierogi. Wieczorem wsiadamy wszyscy w ten sam pociąg i w kolejnych miastach żegnamy się ze sobą. Koniec rejsu, koniec pewnego etapu w moim życiu, mam nadzieję, że początek nowego. Marzenia spełniły się tylko w części, ale to nic, mają jeszcze czas. Na pewno wypływałam się, chociaż już ciągnie na morze. Zabrakło mi nauki, ale od tego jest kurs, a nie rejs z doborową załogą. Jacht pomimo swojego wieku i warunków odbiegających znacznie od standardów chorwackich spełnił oczekiwania, dzielny i dający poczucie bezpieczeństwa. Załoga wspaniała. Kapitan z tych myślących, chociaż po co mu byłam na tym rejsie? Nie wiem. A mądrość ludowa? Prawdziwa, bo od każdej zasady są wyjątki, co niezwykle musiało zasmucić w tym przypadku Kapitana. Pozdrawiam Anna „Hasia” Prochot |