Nieodkryta Szkocja.

02 października 2011 12:43:02 +0200, Maciek Sobolewski napisał na grupie:

Witam!
W galerii https://picasaweb.google.com/Maciek.Sobolewski/Szkocja2011  powiesiłem zdjęcia z sierpniowego rejsu do Szkocji, na s/y Heban (Delpha 37).  Rejs jak zwykle pod banderką SIZu pod salingiem. Tradycyjne opowiadanie kończę pisać i dowieszę w ciągu kilku dni. Przyjemnego oglądania (i czytania z dni kilka :-).

Pozdrawiam
Maciek



05 października 2011 o godz.  
18:19:07 +0200, Maciek Sobolewski  zgodnie z zapowiedzią zamieścił na grupie w wątku "nieodkryta Szkocja" relacje z tego  rejsu. 

***   

Nieodkryta Szkocja

     Nieodkryta Szkocja. Może tylko tak się wydawało. Odkryta została dawno temu. Celtowie, Piktowie, Szkoci, Wikingowie, mieszanka ludów i kultur. Przed Celtami też tam już byli, chociaż nie do końca wiadomo kto. Prawie
osiem tysięcy lat historii ginie wśród wrzosowisk. Gdy się spojrzy na dokładną mapę, okazało się, że niemal każdy kamień, każda zatoka i każde jeziorko mają swoją celtycką nazwę, pisaną w gaelic i prawie niemożliwą  do wymówienia. Mieszkali na każdej wyspie, w każdym zakątku nadającym się do tego. Jednak po tysiącleciach migracji w wielu miejscach zostały tylko ślady starych kultur. Ślady sprzed tysiącleci i ślady  sprzed dziesięcioleci, jednakowo opuszczone, prawie zapomniane w świadomości współczesnych.
     Może więc jest co odkrywać. Zobaczyć, jak żyli przodkowie północnej krainy. Popłynąć w miejsca, gdzie mieszkają czarownice, smoki, duchy starodawnych piratów (niekoniecznie tych z Mórz Ciepłych). Gdzie, jak podają gminne opowieści, straszliwe wiry wciągają statki, a załamujące się fale niszczą pokład.
Po wielu latach żeglowania po wodach północnej i zachodniej Szkocji nazbierało się miejsc wcześniej tylko mijanych w oddali. Miejsc, do których podobno nie da się wpłynąć. Miejsc, w których nikt już od dawna nie mieszka.
     Pozostało namówić właściciela s/y Heban, by nam oddał statek na 3 tygodnie, zebrać załogę, poczytać kilka książek i starych map. I próbować odkryć coś, co kiedyś było już odkryte.

     Przylecieliśmy na lotnisko w Prestwick w połowie sierpnia. Statek już czekał nieopodal w Troon. Port rybacki, tartak, składy drewna, szybki prom do Irlandii. Tutaj, blisko centrum szkockiej cywilizacji na pewno nie było nic do odkrycia. Trzeba było szybko przepłynąć w rejony mniej zamieszkałe. Z ujścia rzeki Clyde drogi na północ są dwie: przez North
Channel, dookoła Mull of Kintyre oraz przez Crinan Canal.Wybrałem Crinan Canal jako opcję zdecydowanie ciekawszą. Kanał wybudowano na przełomie XVIII i XIX wieku, ze sporymi problemami. W 1823 i 1859r brzegi kanału były przerywane.  Śluzy morskie ostateczną formę przyjęły dopiero w XX w. Po przepłynięciu 13 śluz (z piętnastu), z których tylko 3 są zautomatyzowane, a resztę załogi przepływających statków obsługują ręcznie, zatrzymaliśmy się w Crinan. Brak zasięgu telefonów komórkowych był widocznym znakiem coraz większego odludzia.
http://www.scottishcanals.co.uk/our-canals/crinan-canal/history

Las deszczowy. Ze szkoły pamiętałem, że musi być ciepło. Bardzo ciepło. I mokro: deszcz codziennie, najlepiej kilka godzin. I wtedy mchy, porosty, liany i storczyki mają się dobrze. W Crinan staliśmy jeden dzień dłużej ponad plan. Wiało kilka godzin zdecydowanie przeciwko naszemu kursowi, w sile zniechęcającej do wysiłku. Więc pozostawało
odkrywanie. Najpierw przez teleobiektyw został odkryty zamek Duntrune. Samo w sobie ciekawe zamczysko, ma nawet swojego osobistego ducha. Ducha dudziarza, któremu obcięli ręce, by nie mógł grać:
http://en.wikipedia.org/wiki/Duntrune_Castle
http://www.duntrune.com/
http://www.usscots.com/article/detail/Duntrune-Castle/
http://www.youtube.com/watch?v=Ploc8AQoF1w&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=NqZg-BGkHaI&feature=related

     Las deszczowy tym czasem szumiał na stokach powyżej Crinan. W wilgoci napływającej znad Atlantyku wzrósł las, którego w Szkocji raczej się nie znajdzie. Nie tylko wysokie drzewa, ale wszystko obrastające mchy i porosty stworzyły dość mroczne miejsce.
http://www.youtube.com/watch?v=QNHrFQHfcy4
http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilgotne_lasy_strefy_umiarkowanej
http://www.scottishnativewoods.org.uk/index.asp?pg=123&cookies=True

     Następnego dnia rano czas było ruszać dalej, na północ. Drogi z Loch Crinan jak zwykle były dwie. Przed Sound of Mull, wprawdzie z silnymi prądami, ale bez szczególnych trudności. Druga trasa wiodła przez Gulf of Corryvreckan. Miejsce o tyle ciekawe, że w ciągu kilku godzin przypływu tworzy się tam wirówka (wir uznany za jeden z największych na świecie) oraz bardzo wysokie fale stojące. Cały obszar jest dość nieprzewidywalny. Locja podaje punkty początku prądu flood i ebb w kilku miejscach Sound of Jura i Gulf of Corryvreckan. Jednak ostrzeżenia, że tak nie musi być, były dość jasno przedstawione. Ponieważ pogoda była prawie bezwietrzna, mimo prądu syzygijnego wypłynęliśmy z ostatniej śluzy kanału na Loch Crinan, a później Sound of Jura. Zgodnie z wyliczeniami spodziewałem się słabnącego prądu przeciwnego. W momencie wejścia na Gulf of Corryvreckan wyliczenia wskazywały moment slack. Rzeczywistość była trochę inna. Przy przejściu Sound of Jura słabnący prąd miał momentami ponad 4 węzły. Silny prąd przeciwny zadziałał jak "bezpiecznik". Nie dopłynęliśmy za wcześnie do Corrywreckan; przy wejściu do cieśniny woda cały czas płynęła na wschód, ale już tylko z szybkością 2 węzłów. Przez następne kilkadziesiąt minut szybkość prądu nie zmieniła się - nie nastąpił slack ani prąd nie przełączył się do fazy flood przypływu. Całe opóźnienie w stosunku do momentów obliczonych na podstawie danych z locji sięgnęło 1.5h. Co nie zmieniło faktu, że żegluga była znacznie bezpieczniejsza (chociaż wolniejsza). Nie wciągnęło nas w głębinę, jak księcia Breacana,
http://en.wikipedia.org/wiki/Gulf_of_Corryvreckan
http://www.whirlpool-scotland.co.uk/legends.html
http://www.youtube.com/watch?v=MrttG4F-vZo
http://www.youtube.com/watch?v=ryXmxo1dhdU&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=xu1rEBlLAQw&feature=related

     Isle of Skye. A dokładniej Loch Scavaig. Do zatoki otoczonej ponad dziewięćsetmetrowymi szczytami Cuillin  Hills wpływaliśmy wczesnym porankiem. Na skalistych wysepkach wypoczywały dziesiątki fok. Przepływający jacht nie wystraszył zwierzaków, acz byliśmy pilnie obserwowani i ofukiwani. Kotwicowisko osłonięte małą wysepką było tego
dnia bardzo spokojne. Na gładką wodę starej kaldery wulkanicznej padały ostre cienie wyrastających wprost z wody szczytów. Załoga podzielona na grupy została przerzucona pontonem na ląd. Wzdłuż niewielkiej rzeki (River Scavaig, najkrótsza rzeka UK) dotarliśmy nad Loch Coruisk. Sceneria jeziora oddalonego o kilkaset metrów od brzegu morza
przypominała bardziej wysokie Tatry lub Alpy. Nie dziwiły mnie już opisy, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc Wysp Brytyjskich, z którego natchnienie czerpał min. Walter Scott.
http://tinyurl.com/667lmpg

     Loch Scavaig, a szczególnie z Loch Coruisk wiązała się jeszcze jedna opowieść. To min. tutaj, po powstaniu szkockim z 1745r. <http://pl.wikipedia.org/wiki/Powstania_szkockie>  ukrywał się książę Karol Edward Stuart (zwany przez Szkotów Bonnie Prince Charlie) <http://pl.wikipedia.org/wiki/Karol_Edward_Stuart>. Przepływając małą łodzią z Uist (Hebrydy Zewnętrzne), wylądował właśnie w tym odludnym miejscu. Po wydarzeniu pozostała pieśń "The Skye Boat Song" http://www.youtube.com/watch?v=86egt8PDmos

     Loch Harport. Ponieważ na następny dzień prognozy zapowiadały kolejny sztorm, nie mogliśmy zostać na kotwicowisku słynnym z bardzo silnych wiatrów spadowych. Kilkanaście mil na zachód znajdowało się wejście do
Loch Harport, pięcimilowej wąskiej zatoki - fiordu. Boja cumownicza destylarni Talisker była naszym miejscem postoju przez następne dwa dni. Sama wioska Carbost nie wyróżniała się niczym szczególnym, ponad ową destylarnię. Może jeszcze tym, że było to jedyne bezpieczne miejsce postoju w promieniu kilkudziesięciu mil, a podejście w zachodzącym
słońcu dostarczyło niezapomnianych obrazów szczytów Black Cuillin. Gdyby warunki nie pozwoliły na postój na boi, był tam jeszcze stary pirs destylarni. Obecnie praktycznie nie używany, dawał jednak solidne miejsce do zacumowania. Ponieważ czasu na odkrywanie Skye nie było za wiele, zdecydowaliśmy się na opcję turystyczną: całodzienna wycieczka
zamówionym busem z przewodnikiem. Szybki objazd wyspy z miejscami na sesje zdjęciowe zakończył się w zamku Dunvegan, od ośmiuset lat siedzibie klanu MacLeod.

     Loch Eport. North Uist. Nocny przelot na Hebrydy Zewnętrzne doprowadził nas do wejścia do Loch Eport. Ukryty między skałami kilkudziesięciometrowej szerokości przesmyk prowadził do zespołu rozlewisk i jeziorek przecinających North Uist w pół. Sceneria była całkowicie dzika. Najpierw stoki skalistych gór, pokrytych wrzosami (na których brakowało tylko jelenia oświetlonego wschodzącym słońcem), później milami ciągnące się przesmyki, rozlewiska, wysepki. Gdzieś w połowie długości zatoki pojawiło się kilka rozsianych domów wioski Eport. Tylko od południowej strony Loch nadawał się do zamieszkania. Od północy nie widać było śladów człowieka. Po godzinie przeciskania się
pod coraz silniejszy zachodni wiatr z nawigacyjnej padł meldunek: "skiper, spadliśmy z mapy'. Faktycznie, mapa Admiralicji 2825 oraz wszelkie dostępne mapy elektroniczne kończyły się po przepłynięciu 70% długości Loch Eport. Locja (Admiralicji oraz autorstwa Marina Lawrenca, wd. Imray) wspominała jedynie, że na końcu znajduje się pirs dla łodzi rybackich oraz niewielkie kotwicowisko. Wprawdzie z opisu wynikało, że pirs jest osuchowy, to kotwicowisko z głębokością minimalną 3m było bardzo zachęcające. Do dalszej żeglugi pomocne okazały się dwie rzeczy: kopia mapy 2825, wydany przez Admiralicję w 1859r oraz ręczna sonda zastosowana przez obsadę pontonu wysłaną dla potwierdzenia batymetrii.
     Mapa zamówiona przed rejsem w Szkockiej Bibliotece Narodowej <http://maps.nls.uk/coasts/admiralty_charts_list.html>, była odpowiednikiem obowiązującego obecnie wydania. Głębokości podane w sążniach odpowiadały dokładnie tym w metrach podanym na nowym arkuszu. Porównanie obu map pokazało, że przez ostatnie 150 lat nikt Loch Eport ponownie w celach hydrograficznych nie odwiedzał. Obowiązujący obecnie arkusz był dokładną kopią oryginału z połowy XIXw. Zmieniła się tylko technika druku, a sążnie przeliczono na metry. No i oczywiście na pierwotnej mapie wyrysowany był cały Loch Eport, łącznie z kotwicowiskiem i pirsem. Załoga pontonu potwierdziła zresztą po godzinnym sądowaniu brak niebezpieczeństw i zgodność arkusza z
rzeczywistością. Stanęliśmy na 2 kotwicach, bo miejsca na myszkowanie jachtu pomiędzy skalistymi wysepkami specjalnie nie było. Miejsce, poza dwoma lub trzema domami w zasięgu wzroku, było całkowicie opuszczone. Widać było, że pirs od dziesiątków lat nie był używany. Brak łodzi rybackich, brak jachtów, brak ludzi. Tylko stara motorówka tkwiąca na osuchu świadczyła o tym, że ktoś tu pływał. By zobaczyć jak najwięcej, w trzy osoby wybraliśmy się do pobliskiego Loch Langass (bocznej odnogi Loch Eport). Wąski kanał biegł między kilkudziesięcioma wysepkami o
wysokości kilkunastu metrów. Posiadany arkusz mapy nie uchronił nas zresztą od wpłynięcia w ślepą zatoczkę. Nagle na pobliskim brzegu zauważyliśmy stado kilku jeleni. Właściwy kanał do prowadzący do Loch Langass wskazał nam miejscowy farmer. Wypłynął na swojej łódce (z zabudowanym małym dieselkiem) zobaczywszy, gdzie zmierzamy. Ostani
odcinek kanału zwężał się do około 10m. Pomiędzy skałami przelewała (lub raczej wypływała) woda z Loch Langass. Gołym okiem widoczna była różnica poziomów wody przed i za zwężką. Dla farmera wystarczyło mocy z jego
diesla do pokonania rwącego potoku. 5KM naszego silnika przyczepnego pozwoliło jedynie na ustawienie nas przed przelewającym się wałem wody. Silnik nie poradził sobie z prądem. Farmer zawrócił, wyprowadzając nas z
powrotem na wody Loch Eport.

     Następny dzień upłynął na odkrywaniu kolejnych miejsc, gdzie ludzie żyli od setek, a nawet tysięcy lat. Załoga podzielona na 2 zespoły kolejno odbyła wycieczki pieszo - autostopowe w dwóch kierunkach, zależnie od
upodobań historycznych i kulinarnych. Na południe od Loch Eport znajdowały się 2 atrakcje: wędzarnia ryb i owoców morza oraz Trinity Church. Wzmocnieni wędzonym przegrzebkiem pomaszerowaliśmy na południe w kierunki ruin kościółka Trinity Church. Budowla powstała prawdopodobnie w XIIIw. Setki lat temu było tu seminarium uznane za lokalne centrum nauki.
http://www.undiscoveredscotland.co.uk/northuist/teampullnatrionaid/index.html

     Grupa północna pomaszerowała w kierunku Loch Langass. Homar zjedzony w hotelu Langass Lodge <http://www.langasslodge.co.uk/> nie zniechęcił do zjedzenia późniejszego pesto na jachcie. Po odwiedzeniu kamiennego kręgu Pobull Fhinn (datowanego na 2 tysiąclecie p.n.e.) <http://en.wikipedia.org/wiki/Pobull_Fhinn> powrócili wieczorem na jacht. Następnego dnia pożegnaliśmy wielkie (ponad 30szt) stado jeleni. Po wypłynięciu na Minch pożeglowaliśmy na północ. Tuż przed Cape Wrath, północno-zachodnim krańcu Szkocji na kilka godzin wpłynęliśmy do małego porciku rybackiego Kinlochbervie <http://en.wikipedia.org/wiki/Kinlochbervie>. Brak lub przeciwny wiatr wymusił częste i długotrwałe używanie silnika. Zapasy diesla były już mocno wyczerpane. Także woda stawała się już towarem deficytowym. Po kąpieli i uzupełnieniu zapasów wypłynęliśmy z portu, by okrążyć Cape Wrath. Na trawersie przylądka zerwał się silny wschodni wiatr (5-6B). Na szczęście nasze następnie miejsce do odkrycia nie było odległe.
Loch Eriboll. Dzisiaj klkumilowa zatoka wrzynająca się w odludny rejon szkockich gór zatraciła swoje znaczenie. Tylko farma rybna świadczyła o tym, że ktoś tu mieszkał. A całkiem niedawno było to miejsce dla Korony strategiczne. W czasie II wojny światowej to osłonięte kotwicowisko było miejscem bazowania dla kilku okrętów. To stąd wyruszył w ostatni bój krążownik Hood. Zatopiony po kilku minutach walki przez Bismarcka. Z Loch Eriboll miał także związek drugi z pancerników Hitlera. Wyspa znajdująca się przy końcu zatoki imitowała pancernik Tirpitz. Na nią zrzucali bomby lotnicy przygotowujący się w 1944r. do zbombardowania pancernika ukrytego w jednym z norweskich fiordów.
     
     Stroma. Gdy pierwszy raz przechodziłem Pentland Firth na Rzeszowiaku, wyspa mignęła tylko, jako kolejny punkt do namiarów i orientacji. Przy drugim razie miałem już czas na przyjrzenie się wyspie: opuszczone kamienne domy rozrzucone po zarośniętych trawą polach. Przy trzecim trawersie zakiełkowała myśl, że fajnie by było zwiedzić tą wyspę. Z jednej strony lista statków, które zatonęły na Penltandzie była dość długa <http://www.caithness.org/pentlandfirth/shipping.htm>. Wiele z nich rozbiło się właśnie skałach Stromy. Z drugiej strony ludzie mieszkali tam od tysięcy lat, radząc sobie na znacznie mniejszych i słabiej wyposażonych łodziach. Wprawdzie nazwa wyspy wywodziła się z określenia Straumey, co w języku Wikingów znaczyło Wyspa Otoczona Prądem ("the island in the stream"), to analiza atlasu prądów wydanego przez Admiralicję pozostawiała pewne możliwości. Wystarczyło być w odpowiednim czasie, przy odpowiedniej pogodzie i stanie morza, w odpowiednim miejscu płynąc z odpowiednią prędkością. No i może jeszcze nie w trakcie pływu
syzygijnego. Analiza mapy i locji dawała teoretycznie dwie możliwości: pirs od północno wschodniej części wyspy, wybudowany w XIXw. dla obsługi latarni morskiej oraz niewielki port od południa, o którym wiadomo było tylko, że jest bardzo płytki i bardzo mały. Ostatecznie wybrałem port od południa. Jego budowa zakończyła się w 1956 roku. Zbiegło się jednak z czasem, kiedy ludzie mieli dość zmagania się z przyrodą. Akurat nieopodal, kilkanaście kilometrów dalej na mainlandzie rozpoczynała się budowa elektrowni atomowej Dounreay, gdzie ludzie dostawali lepsze warunki życia i pracy. Do 1962r. wszyscy mieszkańcy ostatecznie porzucili wyspę. Z dostępnych fragmentarycznych informacji wynikało, że w porcie przy wschodnim falochronie było wystarczająco miejsca dla niewielkiego jachtu. Wybierając moment lądowania na 2 lub 3 godziny przez HW, liczyłem, że wystarczy wody dla Hebana. Strategia była prosta. Najpierw zakotwiczyć na zachód od portu, w miejscu, gdzie nie powinno być silnego prądu, wysłać desant na pontonie, a następnie wprowadzić jacht do portu. I udać się na zwiedzanie. Pozostało nam zrealizować cel. Moment startu z Loch Eriboll wypadał w środku nocy. Po zejściu z kotwicy popłynęliśmy w kierunku otwartego Atlantyku.
     Wiatru było  niewiele, więc znowu wspomagając się silnikiem podążyliśmy w kierunku Dunnet Head. Ten najbardziej na północ wysunięty skrawek Wielkiej Brytanii wyznaczał jednocześnie zachodnią granicę Pentland Firth. Jak do tej pory wszystko szło według planu. Po minięciu od południa stawy Skerry (swoją drogą bardzo ciekawy znak nawigacyjny, pochodzący prawdopodobnie z końca XIXw) widać już było betonowe falochrony portu. Po dwóch próbach udało się
zakotwiczyć w bezpiecznym miejscu. Dookoła nas pływało kilka fok, wyraźnie zainteresowanych, cóż to za dziwo się im pojawiło w obejściu. Po zrzuceniu pontonu grupa hydrografów udała się do portu. Obmiar potwierdził głębokości powyżej 3 metrów w główkach i 2 metrów w porcie w obszarze wystarczającym do zacumowania. I to na godzinę przed planowanym czasem wejścia. Odczekałem jeszcze kilkadziesiąt minut i ruszyliśmy do portu. Cumowanie odbyło się bez przeszkód. Pozostało nam 3h 30min na zwiedzanie. Było to za mało na przejście całej wyspy, jednak
wystarczająco na obejrzenie jest południowego fragmentu. Na nabrzeżu i drodze prowadzącej na falochron rozrzucone były zardzewiałe resztki starego wyposażenia: jakichś wyciągarek, generatorów i podnośników. Surowe, szare domostwa otoczone były wybujałą trawą. Jakiekolwiek ścieżki, nawet jeśli jakieś wcześniej istniały, dawno zarosły. Resztki zardzewiałych maszyn rolniczych lub samochodów z trudem dawało się znaleźć w chaszczach. Na południowo wschodnim krańcu wyspy, na wąskim cyplu wychodzącym w morze, wybudowany był cmentarz. Czasami pojedyncze kamienienie, a czasami całe płyty informowały o miejscu pochówku. Wiele nagrobków całkowicie się rozpadło. Środkową część cmentarza zajmowała kwadratowa budowla mauzoleum i grobowca rodziny Kennedy z XVIIw. Miejsce było niezwykłe. Widać było przelewające się wody Pentlad Firth, a w oddali latarnie Duncansby Head i Skerries. Miejsce umarłych na wymarłej wyspie. Pozostało nam jeszcze kilkadziesiąt minut na wycieczkę w głąb wyspy.
Wśród traw odnajdywaliśmykolejne ślady dawnych mieszkańców. Zabudowania z daleka wyglądały na zupełnie nietknięte zębem czasu. Z bliska okazywało się, że stanowiły siedlisko ptaków i schronienie dla owiec w sztormowe dni. Tylko dwa lub trzy budynki nadal były konserwowane. Najlepiej prezentowała się szkoła. Dawni mieszkańcy wciąż
bywają na wyspie <http://www.caithness.org/atoz/stromamain/index.htm>.
http://www.visitedscotland.com/content.php?124-Paradise-Lost-The-Island-of-Stroma
     Powoli zamykało się nam okno czasowe dla wyjścia z portu. Woda jeszcze szła do góry, ale za to przy odpływie prąd na Pentlandzie nie byłby już korzystny. Zostało trochę czasu na szybki obiad. Z portu wychodziliśmy już w zapadającym mroku. Na Pentlandzie było już ciemno. Wiatr ucichł całkowicie. 40KM naszego diesla pomogło szybko przeskoczyć cieśninę w poprzek. Po 2 godzinach byliśmy już na Scapa Flow. Do Stromness wchodziliśmy grubo po północy.
Stromness nie było dla części z nas nieodkryte. Było znane i ukochane. Pierwszy raz przywiózł nas tu Bart27 na Rzeszowiaku. Wtedy zostaliśmy w porcie na 5 dni, zablokowani silnym sztormem. Tym razem prognozy zapowiadały podobne warunki. Już następnego dnia Orkady były odcięte od świata. Na 2 dni wstrzymano kursowanie wszystkich linii promowych łączących Orkady z Wielką Brytanią. Dla części załogi byłą to doskonała okazja do zwiedzania. A na Orkadach jest co zwiedzań. Ślady nieznanych kultur sprzed 5 tysięcy lat mieszają się z pozostałościami umocnień z II
wojny.
     Czwartego dnia naszej wizyty w Stromness sztorm już cichł. Połączenia promowe zostały przywrócone. Żegluga na południe była już możliwa, chociaż na pewno niezbyt przyjemna. Po sztormie pozostawał wciąż duży rozkołys. Ponieważ mieliśmy rezerwę czasową, mogliśmy jeszcze jeden dzień poświęcić na odkrywanie.Rackwick, wyspa Hoy. Tym razem jacht stał na podwójnych cumach w marinie Stromness. Mały prom, podobny bardziej do kutra rybackiego, zawiózł nas
na Hoy. Górzysta wyspa, poprzecinana głębokimi, zielonymi dolinami była zamieszkała bardziej w południowo wschodniej części, w rejonie bazy paliwowej na Scapa Flow. Jednak od zachodu nigdy nie mieszkało zbyt wielu ludzi. Niedostępne brzegi kończyły się ponad trzystu metrową przepaścią. Jedynie nad zatoką Rackwick powstało kilka domów. Trochę
owiec oraz to, co morze wyrzuciło na kamienistą plażę zapewniało mieszkańcom byt. Dzisiaj ostatnie domy zostały zachowane dla potomnych. Niektórzy wciąż potrzebują życia (nawet na krótką chwilę) w zupełniej izolacji, z dala od jakiejkolwiek formy aktywności ludzkich zbiorowisk. W trzyosobowej grupie wyprawiliśmy się jeszcze w kierunku Old Man of Hoy. Skalna iglica o ponad stumetrowej wysokości wyrastała z oceanu tuż przed klifem. Na pytanie, jaką drogą tam dojść, uzyskaliśmy prostą odpowiedź: gdzieś tam. I machnięcie ręką dla wskazania kierunku. Przedzieranie się przez łąki i wrzosowiska nie było łatwe. Ale na pewno niezapomniane. Wydrzyki krążące nad głową były jedynym towarzyszem wędrówki.Pozostałe do przepłynięcia ze 200 mil nie było już wyzwaniem. Tym bardziej, że wiatr ostatnio wiał tu albo z siłą sztormu, albo wcale. Akurat sztorm się wydmuchał, wiec nocny przeskok Scapa Flow i Pentlandu zakłócany był jedynie przez kolejne statki przecinające nasz kurs.Stary port Granton w Edynburgu przywitał nas słoneczną pogodą. Jeszcze tylko klar jachtu, kolacja kapitańska i lot do Polski.
A w Szkocji wciąż pozostało tyle nieodkrytego...

Pozdrawiam
Maciek.