Zaruskim w 2001 rok


Pisane: Hel 08.01.2001r,  zamieszczone na grupie  p.r.z  15.01.2001

   Pomysł narodził się spontanicznie; którejś z październikowych nocy, na pokładzie pięknego kecza gaflowego BRYZA H. Luksusowy ten statek, żywcem jakby przeniesiony z innej epoki, skłaniał do marzeń. Noc była gwiaździsta i maszty, tknięte majakiem bieli postawionych na gaflach żagli, zataczały swój, wzbudzony rozkołysem, krąg po nieboskłonie. A gdyby tak, korzystając z wielkości jachtu i komfortu pod pokładem, zaplanować zimowy rejs po Bałtyku? A gdyby tak połączyć owo żeglowanie z powitaniem Nowego Roku, Nowego Wieku i Nowego Tysiąclecia? Na wodzie, na morzu, a najlepiej po drugiej stronie morza, tak by spiąć zgrabną klamrą dwa sezony żeglarskie w jeden? Oto pomysł, na który być może da się namówić ciut jeszcze większe grono zapaleńców. Dla przygody i fantazji nie wzdragających się przed trudami i ewentualnymi niebezpieczeństwami takiej żeglugi. Idea poczęła przyoblekać się w kształty wraz z planowaniem trasy, kosztów zaopatrzenia, doborem załogi i kosztu czarteru. Trasa na Kopenhagę, zaopatrzenie składkowe, załoga zapalona do przedsięwzięcia. Koszty czarteru - to okazało się poważną barierą. BRYZA H, dla której rok 2000 był pierwszym żeglarskim, i znakomicie udanym, sezonem, wymagała pewnych, zwykłych w takim wypadku, usprawnień i inwestycji. Z czego główną miała być instalacja grzewcza. Zima, Bałtyk, mróz brrrrrrr. Podniosło to koszt rejsu do wielkości, która studziła zapał największych zapaleńców. 
   Wizja milenijnego sylwestra w morzu, lub w zagranicznym porcie, rozwiała się, poszarpana na strzępy przez zimny, listopadowy wiatr, chichoczący w mroku jastarnickiego nabrzeża, gdzie odbyło podsumowanie aktywów i pasywów dotychczasowych działań. Było ponuro; mdłe lampy rzucały blade refleksy na czarną wodę, wiatr przewiewał kurtkę, dreszczem wkręcając się pod koszulę a jakiś zapomniany fał klekotał zapamiętale w aluminiowy maszt przygotowanego do zimowania jachtu. Wówczas to, po raz pierwszy, ale nie ostatni, okazało się niespodziewanie, że nad umiarkowanym wariatami zawsze czuwa jednak jakiś opiekuńczy duszek. Tym razem objawił się w postaci Rysia Herrmanna. Na tymże ciemnym nabrzeżu chwycił mnie pod ramię i obrócił o 90 stopni, zmuszając do spojrzenia w stronę południa.
- Ależ Rychu, ja chcę na północ.
- Patrz i nie gadaj.
Ogólnie to było widać głównie efektowny przybój na mieliznach wokół Kaszycy; biały jak diabli, bo wyraźną kreską odcinający się od czerni. Potem dźwig; żółto-brązowy mastodont, jak nie z tej epoki. Potem jeszcze wraki kutrów na płyciźnie i na końcu, GENERAŁ ZARUSKI; legenda polskiego żeglarstwa.    Rozbrojony na zimę, bez gafli, fałów i baksztagów, ciemny. Kołysał się na cumach, które poskrzypywały gdy jakaś większa portowa fala pochylała jego biały, tu i ówdzie przybrudzony, kadłub. Jeśli w prostej arytmetyce dwa a dwa równa się cztery, to sześćdziesięcioletni kecz robił za dwa, a Rysiu jego, prawie równie legendarny, armator za drugie dwa. Nie mogło się nie udać. 
   Teraz przygotowania poszły dwutorowo. Zmiana statku wymagała zmiany koncepcji. GENERAŁ  ZARUSKI, dwudziestopięcio metrowy drewniany statek, przeznaczony głównie do szkolenia młodzieży, nie posiada na pokładzie żadnych luksusów, a żeglowanie nim to zajęcie dla koneserów. Z jednej więc strony należało zebrać grupę takich właśnie zapaleńców, z drugiej zaś uzbroić go w środku zimy tak by się nadawał do żeglugi. Do żeglugi, która z dużym prawdopodobieństwem łatwo mogła się przerodzić, tak dla statku, jak i dla ludzi, w próbę sił na najwyższym, bo granicznym, poziomie. 
   Każdy armator najmniejszego Oriona wie ile szpejów w sobie taki jacht mieści, dla jachtu morskiego należy to przemnożyć przez dziesięć, dla żaglowca; owo dziesięć podnieść do trzeciej potęgi. Dość powiedzieć, że do przeniesienia  samego grotżagla z magazynu na pokład należy zatrudnić czterech chłopa. Czterech chłopa lub pięciu żeglarzy, żeglarki zaś zatrudnić przy przenoszeniu materacy - po dwie na jeden materac, i po dwie na jeden garnek, wielkości sposobnej do warzenia strawy dla trzydziestoosobowej załogi. Zanim zaś można przenosić materace, należy pozakładać gafle, zdjęte na zimę olinowanie ruchome i półstałe, rozkonserwować silniki, uzupełnić glikol, ubezpieczyć statek i załogę, zakupić i zasztauować żywność... lista czynności maczkiem wypisana na dwu stronach kancelaryjnego papieru.
   Statek pozbawiony tego wszystkiego jest zimny i pusty. Zimny, nie tylko dlatego, że na dworze jest zimno i pierwszy grudniowy śnieg właśnie przyprószył pokład siwizną. Pustkę zapełnia się tymi wszystkimi linami, kotwicami, kapokami i tratwami ratunkowymi. Zimno zaś wypłaszają dopiero ludzie - załoga i jej optymistyczny, ciepły duch. 
   Rysiek zajął się rozpraszaniem pustki, ja - wyganianiem zimna.
   W wigilię wigilii Bożego Narodzenia, olinowanie i osprzęt trafiły na swoje miejsce.
   W wigilię, wraz z Tomkiem Chodnikiem, który objął funkcję pokładowego doktora i z tej racji specjalisty żywieniowego, dokonaliśmy zakupów zaopatrzenia. Załadowana po dach Tempra, wraz z uginającą na resorach przyczepką z trudem, bo ślisko, wśród pomieszanego z deszczem śniegu, przyturlała się do Jastarni.
   Załoga przybyła w środę; 27 grudnia dwutysięcznego roku.
   Liczba chętnych, lub deklarujących się, że chętnych - gdyby nanieść ją na wykres w funkcji czasu to kształtem przypominałaby tatrzańskie turnie. Dziesiątki telefonów, deklaracje przesyłane pocztą elektroniczną. Gratulacje pomysłu i życzenia powodzenia i wyrazy żalu, że oto jednak nie możemy, chociaż już żeśmy się zadeklarowali. W pierwszy dzień Świąt ostateczna liczba uczestników została ustalona na siedemnastu, w tym trzech kapitanów jachtowych i mechanik. W drugi dzień Świąt zostaliśmy w dziesięciu i pół. Dwu kapitanów, mechanik i troje uczestników przesłało lub przetelefonowało swoje wyrazy żalu i życzenia powodzenia. Owo pół, to kapitan, który oświadcza, że raczej nie, ale gdyby, to on być może... W pierwszy dzień po Świętach zostaliśmy bez pół.
   Tymczasem przybywa załoga; środa, 27 grudnia, ranek. Z marszu i od razu zabierają się do pracy, a tej jest mnóstwo. Owo mnóstwo szczegółów jachtowej pustki, którą trzeba wypełnić treścią, czyli górą sprzętu. Obiad, wraz z kolacją dopiero po zmroku. Herbata zagotowana na z trudem uruchomionej kuchence, jakaś naprędce otworzona konserwa. W tle coraz bardziej gorączkowe poszukiwanie szypra. Mechanika udaje się zwerbować już za drugim podejściem, w sumie to problem techniczny; popłynie z nami Ryszard Ambroziewicz, miejscowy rybak, specjalista od dwu 95 konnych Rekinów i agregatu, który ma nam zapewnić energię do elektrycznego ogrzewania pomieszczeń. Ćwierć problemu rozwiązane, do rozwiązania pozostaje trzy czwarte, to stanowiące o powodzeniu przedsięwzięcia - szyper wciąż poszukiwany. 
   I tutaj znowu zadziałał dobry duszek, chociaż i dla niego ta sprawa nie była lekką i widać było jak się przy tym natęża - niechybnie, gdyby był bardziej materialny to pękłby na dwoje. Udało się sięgnąć telefonem na drugi kraj Polski - do Bytomia. Gdzie Bytom a gdzie morze? Dostatecznie blisko by dojechać do Jastarni na piątkowy ranek 29 grudnia. O piątej rano odbieram Norberta z gdyńskiego dworca. O siódmej, kapitan Norbert Achtelik, żeglarz prawdziwy, Ślązak z krwi, kości i pokoleń - wprost z czarnego zagłębia - staje na białej, bo śniegiem przysypanej, burcie s/y GENERAŁ ZARUSKI. Jesteśmy w komplecie, niektórzy mówią, że feralnym bo trzynastoosobowym, ale o tym, że jest piątek nikt przytomny nie waży nawet przypominać.
  Ostatnie działania. Odprawa graniczna zamówiona na dwunastą w południe. Od zaprzyjaźnionych rybaków dostajemy jeszcze punkty GPS na podejście do Karlskrony. Pomysł na Kopenhage, z braku czasu, upada. Z jednej strony trochę szkoda, z drugiej; cóż za różnica - zamieniamy Danię na Szwecję, kraj równie sympatyczny i równie zaprzyjaźniony. Zresztą to właśnie nieopodal Karlskrony, sześćdziesiąt dwa lata temu, wykonano pierwsze zaciosy pod stępkę ZARUSKIEGO. W pewnym więc sensie - podróż historyczna. Nie myślimy o tym, kiedy po rzuceniu cum, silny wiatr odpycha statek od kei.
   Wygląda słońce. Właściwie jarzy się pełnym blaskiem, pomimo południa, nisko nad horyzontem. Jeszcze cień hangaru, jakieś rachityczne plamy od nagich drzew, rękawice mokre od ściekającej po cumach wody. Główki portu i trzeba mrużyć oczy od żywego złota rozświetlonej słońcem i rozpylonej wiatrem, wody. Efektowne bryzgi spod bukszprytu, oba silniki cała naprzód, przed dziobem Kaszyca tańczy kontredans to w lewo to w prawo, taktowany wirowaniem szprych koła sterowego i moim, w tymże rytmie, posapywaniem. Pomimo przejmującego zimna pot ścieka spod czapki. Pławy torowe na zimę pozdejmowane, przekopany kanał wąski, ograniczony falą przyboju, boczny dryf znaczny, emocja duża. Tak jest przez pierwsze pięćdziesiąt, może sto metrów. Potem we troje; morze, statek i ja zawieramy wielostronne porozumienie; kadłub odnajduje swoją bruzdę, wtulając się w morze niczym osesek w ramiona matki. Jak na sześćdziesięciolatka to trochę zastanawiające, acz wysoce korzystne zachowanie. Nie ważę się burzyć tej symbiozy, delikatnie jedynie muskając koło sterowe by uzyskać drobne, niezbędne zmiany kierunku. Że staruszka łupie w kościach i że potrafi walić z pięści te morsko-matczyne objęcia, mieliśmy się jeszcze przekonać. Na razie, zaraz za płyciznami, żagle w górę. Ostrożnie, zarefowane jeszcze w porcie do drugiej banty, ze skrzypieniem zbloczy i trzaskiem segarsów, w miarę sił szczupłej załogi wpełzają na maszty. Dirki luz, i już nie wąską bruzdą ale całym zaobleniem dziobu ZARUSKI wpija się w morze,  które taką bezczelność kwituje fontannami bryzgów spod zawietrznego relingu; zielono - białymi, chwilami okraszonym tęczą świecącego wciąż słońca.
   Dla wszystkich na pokładzie podroż się rozpoczyna, dla mnie to półmetek i wierzę mocno, że największe wyboje trasy już  pokonane. Pozostaje żegluga i proste zadanie przepłynięcia morza na wskroś. Dni pełne napięcia, wzajemnych zobowiązań, zobowiązań bez pewnego pokrycia i w związku z tym nieprzespanych nocy pozostają na brzegu. Gdzieś tam z tyłu, oddzielone od statku spienionym kilwaterem i coraz większą i większą wodą. 
   Morze, zimne, mało słone - Bałtyckie. Na ogół jest szare lub bure, często poznaczone pianą. W ciągu dziesięciu spędzonych na jachcie dni, tą porą grudniowo-styczniową, tylko dwa razy pozłociło się słońcem, ni razu jednak nie doświadczyliśmy ciepła, czy chociażby odczucia ciepła. Pogarbione falami ofiarowało nam głównie wilgoć i mgłę lub przeszywający ubranie wiatr.
   I jeszcze Księżyc. Wypełzł  w nocy, przerywając smugą zasłonę chmur. Światło blade i niespodziewane, tak niespodziewane, że aż dreszczem nagłego spłoszenia poderwałem wzrok ku niebu. Na tyle szybko by dostrzec jeszcze podświetlone strzępiaste obrzeże chmury zanim srebrny dysk zbladł i zginął w czarnym i nieprzezroczystym jej cielsku. Wiatr przeganiał obłoki równym strumieniem z południowego wschodu na północny zachód. Gdzieniegdzie ten fantastyczny i nieprzerwany pochód rwie się i kotłuje, znacząc gwiazdami i granatem odsłoniętego nieba czyste przestrzenne studnie w przykrywającej nas nisko zasłonie.  Niektóre ledwo tylko znaczone kilkoma świetlnymi punkcikami, inne z księżycowym blaskiem błądzącym wśród blanków, wież  i dinozaurów.
   Kontrapunktem zapalał też Księżyc morze. Dwie srebrne plamy rozbłyskujące jednocześnie tam w górze i na spienionym skrawku odbitej od dziobu fali. Wiatr dodaje swoje w tej mrocznej grze kolorów, przenosząc srebrne kropelki w krąg zawieszonych w wantach świateł pozycyjnych. Wówczas smugami buchają czerwienią lub szeregiem zielonych paciorków, które po chwili bezcielestnie znikają w czerni. Jedynie żółte światełko nad kompasem daje oparcie w realnym świecie ostatnich godzin dwudziestego wieku. Cała reszta; statek, płasko, jakby w sepii oświetlony Księżycem pokład, przymarlowane do gafli, wygięte w śmiały łuk żagle, bukszpryt zawieszony nad czarnym i pozbawionym horyzontu morzem - wszystko to zdaje się światem fantastycznym i niematerialnym. Czymś na kształt ułudy czasów minionych lecz przecież, mokrym dotykiem fali i zimnym wiatrem przeżywanym na jawie.
   Kabina nawigacyjna, z  radarem i pobłyskującym bielą w półmroku, ekranem odbiornika GPS, jednym krokiem i trzema stopniami w dół, przywraca realność światu rzeczywistemu. Wyraźna linia na ciekłokrystalicznym wyświetlaczu elektronicznej mapy daje pewność pozycji, ale też odziera morze z przejmującej dreszczem niepewności spotkania z potworami i drakenami, które przecież muszą się czaić gdzieś tam, za którymś grzbietem fali, w tym nierealnym świecie po nawietrznej. Radar już mniej. Radar ma swoje elektroniczne duchy i świetnie się wpisuje i w żagle i w Księżyc i w Latającego Holendra. Czymże bowiem innym jest bursztynowa poświata ciągnąca się za wygiętą w łuk kreseczką echa, które rzekomo ma być frachtowcem przełomu wieków, który pchany jakimiś finansowymi koniecznościami, włazi nam tutaj z butami w tę naszą bajkową podróż.
   I to jak włazi. Górą pokładowych świateł wypłasza Księżyc i wprowadza wachtowych w zdenerwowanie bo w powodzi elektrycznego światła trudno wypatrzyć  jakieś jego światła pozycyjne. Z sygnałów dźwiękowych słychać jedynie muzykę - prom do Karlskrony. Przecina morze trasą podobną do naszej, inne statki trzymają się rut, które na Bałtyku biegną głównie z zachodu na wschód. Jedna ciągnie się wzdłuż polskiego wybrzeża zmierzając z Gdańska i Gdyni do Zatoki Meklenburskiej i dalej, przez Kilonię do Hamburga i w świat.  Druga biegnie wzdłuż Szwecji do Petersburga i Helsinek, z odnogą na północ do Sztokholmu i dalej, aż pod krąg polarny. Ta pierwsza to droga polna w porównaniu z autostradą drugiej. Kilka statków zaraz po oderwaniu się od brzegu, potem pustka, czasem ledwo znaczona jakimiś kutrami rybackimi, lub takim osobliwym zjawiskiem jak prom. I oto na podejściu do zatoki Hano stajemy przed murem. Rząd czerwonych światełek przesuwa się z zachodu na wschód , w drugą stronę, tak samo - jedno za drugim, przesuwa się analogiczny rządek świateł zielonych. My, z naszymi czterema węzłami, idziemy w poprzek.
   Na taką okazję odpalamy oba Rekiny, co daje niezły efekt akustyczny połączony z chmurą spalin, która raz, że zapachem cywilizacji przypomina o rzeczywistości, dwa, daje nam zasłonę naszej małej prywatnej mgły. Trochę emocji pod dziobem tankowca i po strachu, autostrada zostaje z tyłu, my natomiast napotykamy następną przeszkodę, najpierw braku, a potem przeciwnego wiatru. Prawie na samym wejściu do portu, już w zasięgu latarni morskiej Utklippan (fajnie brzmi, nie), najpierw kilka godzin szlajamy się z obwisłymi żaglami po pustym morzu, potem zaś kładziemy na najbardziej ostry z możliwych kursów - na zachód. Ponieważ do końca roku w kalendarzu nie została już ani jedna kartka i czas niejako goni; znowu odpalamy oba Rekiny. Radio podaje ostrzeżenie sztormowe do ósemki z NE i pomimo, iż widać już zamglony brzeg to pozostaje pewna obawa, czy pod rosnący wiatr i wypiętrzającą się falę uda się do portu dopłynąć. Prędkość mizerna, ok. dwu węzłów, są kłopoty z lewym silnikiem; spada cięgło przepustnicy i niewygodna, w warunkach chwiejby, naprawa nieco się przeciąga. Ostatecznie mechanik blokuje silnik na pół naprzód i tak, w drobnym śniegu, przechodzimy przez wąskie gardło płycizn, wpływając na szerokie rozlewisko wewnętrznych szkierów Karlskrony. Zostawiamy po lewej burcie twierdzę Godnatt i zwrotem w tym samym kierunku kierujemy się do basenu rybackiego na wyspie Salto.  Uradziliśmy port rybacki bo raz, ze głębokości tam odpowiednie, dwa, liczymy na możliwość podłączenia prądu, co niekoniecznie byłoby do zrealizowania w opustoszałej o tej porze roku marinie.
   Dokładnie po 48 godzinach od opuszczenia Jastarni; 31 grudnia 2000 roku, s/y GENERAŁ ZARUSKI cumuje prawą burtą do oblodzonej kei. W sąsiedztwie mamy stosy skrzynek na ryby, ze dwa magazyny, trzy wymarłe kutry rybackie i dwa, jak się później okazało, świetnie zaopatrzone sklepy żeglarskie.
    Początkowo jesteśmy witani tylko przez trzech wędkarzy, z którymi jednak, prócz uśmiechów i gestów sympatii, nie daje się osiągnąć bliższego porozumienia, ponieważ władają jedynie swoim ojczystym językiem.  Maszty naszego żaglowca górują ponad magazynami, i to zdaje się magnesem przyciągającym licznych zmotoryzowanych oglądaczy. Jest co oglądać bo nasz kecz prezentuje się pięknie, gorzej nieco z załogą, która miałaby ochotę na prysznicowe odświeżenie swego wyglądu, zwłaszcza, że uroczysta noc sylwestrowa już tuż, tuż. Ruszamy z Tomkiem na poszukiwania władzy portowej.  Po dłuższym bobrowaniu pomiędzy magazynami, udaję się nam spotkać kogoś, kto wie jak można zawiadomić miejscowego haven majstra o naszym przybyciu. Można zrobić to telefonicznie. Ba, ale numer... Nasz przygodny znajomy nie pamięta numeru, ale zapisał  go  w domowym notesie. Pojedzie do domu i zadzwoni.
   Happy New Year .
   Haven majster przyjeżdża jako pierwszy. W tutejszym układzie władzy, to przedstawiciel miasta. Daj Boże każdemu miastu takich urzędników. Życzliwy ludziom, nawet takim, którzy wyrwali go z domowych pieleszy w sylwestrowe popołudnie. Szybko ustalamy warunki postoju, pobór prądu, opłatę - symboliczną (za prawie trzy doby postoju zapłaciliśmy 200 SEK, niecałe sto złotych polskich). Z wygodami dla załogi; prysznicem, niewiele da się jednak dzisiaj zrobić. Port rybacki nie posiada takich udogodnień, a marina zamknięta. Niemniej haven majster zabiera naszego doktora (specjalista od warunków sanitarnych) do swojego samochodu i jadą obaj w objazd pobliskich (Karlskrona to małe miasteczko i wszystko tam jest pobliskie) przybytków mogących prysznice posiadać. Doktor znika na kilka godzin (okazało się później, że pod pozorem konieczności prześwietlenia stłuczonej ręki, odwiedził miejscowy szpital, gdzie zmyliwszy czujność dyżurnych pielęgniarek udało mu się umyć rzedniejącą czuprynę) natomiast statek zaczynają nawiedzać kolejne inspekcje.
   Policja zajeżdża olbrzymim volvo. Sprawdzają paszporty w samochodzie i nie dają się namówić na poczęstunek w mesie oficerskiej. Ponieważ, jak wiadomo, poczęstunki znakomicie wpływają na temperaturę urzędowych spotkań, to spotkanie odbyło się w chłodnej, niemniej poprawnej, atmosferze. Celnik z celniczką, już z obowiązku miejscowego przeszukania, sadowią się na kanapce.  Temperatura na rufie rośnie, wzajemna życzliwość również. Życzymy sobie dobrego nowego roku, przy czym przedstawiciel Królestwa Szwecji, wygłasza życzenia pomyślności po polsku. Nie możemy się zrewanżować w jego ojczystym języku, ale i nasza niezdarna angielszczyzna zostaje przyjęta dobrym słowem.
   Nadchodzi zmierzch i chwilowa przerwa w inspekcjach. Na rufie temperatura nadal rośnie. Na dziobie praca wre. Przygotować przyjęcie noworoczne dla jedenastu dzielnych żeglarzy i dwu, niemniej dzielnych, żeglarek, nie jest sprawą prostą. Ale, udaje się znakomicie. Dwa duże stoły w kubryku uginają się od potraw. Króluje sałatka ziemiaczana, ale nie brakuje też i innej zastawy; będzie to huczne przyjęcie na miarę przełomu tysiącleci.
   Patrol armii szwedzkiej wolno przejechał wzdłuż burty, zniknął za stertą skrzynek, nie było go jakiś czas poczym znowu przejechał mimo statku. Za trzecim razem się zatrzymali. A skąd a dokąd, a po co? Ponieważ temperatura już na całym statku wzrosła znacznie, osiągając poziom wyraźnie późnowiosenny, to tych inspektorów potraktowaliśmy zupełnie lekko. Zresztą dali się łatwo przekonać, że jachting w Polsce uprawia się o każdej porze roku a i Szwecja przecie jachtingiem stoi.
   Nie pływacie w grudniu? Noooo, nieeee...
   Zostajemy sami ze sobą, już bez żadnych inspekcji. Wypogadza się i niebo uśmiecha się gwiazdami do uśpionego portu. Wraca na pokład doktor, wraca młodzież, która ciekawa świata ruszyła już na pierwszy rekonesans miasta.  Padają propozycje by przyłączyć się do Szwedów, którzy mają świętować wspólnie na głównym placu Karlskrony, ale zostajemy razem. Sami chyba w całym porcie.
   W kubryku rozpoczyna się koncert. Koncert na dwie gitary i banjo. Jasno oświetlone pomieszczenie wypełnione ciepłym światłem odbitym od mahoniowych koi, od zastawy, błyszczących oczu, wypełnia się dźwiękiem. Gitara prowadząca - Wojtek Szymański, niegdysiejszy student konserwatorium, banjo - Piotr Wiśniewski, vel Zwierzak, uzdolniony amator, druga gitara - Jacek Kijewski, amator. Toż na pogrążonym w grudniowej nocy, starym żaglowcu powinny pobrzmiewać szanty i pieśni pracy dalekich szlaków. Były szanty, ale też były wyczarowane palcami na strunach stepy i dom i wszystko chyba co można wydobyć z dwunastostrunowego instrumentu jeśli się nim posługiwać ze znawstwem, mając do tego tak dobrych akompaniatorów.
   I wiatr, i śnieg i łzy i cisza o północy eksplodująca jednoczesną salwa
burtową trzynastu szampanów.
   Na zdrowie.
   Na pomyślność.
   Na nowy wiek.
   Pobliska wysepka; taki kawał granitu ręką olbrzyma rzucony w rozlewisko, eksploduje nagle ferią sztucznych ogni. Kule ognia, gwiazdy ognia, czerwone, zielone żółte, seriami i pojedynczo lecą w niebo, oświetlają chmury, refleksami barwią spokojną wodę portowego basenu. Biją dzwony, syreny wyją, przyłączamy się my w gąszcz kolorowych rakiet puszczając też i nasze dwie gwiazdy.
   Na vivat, na radość, że udało nam się to trochę szalone przedsięwzięcie, że żeglarski sezon na Bałtyku trwa cały rok, czego my tutaj jesteśmy najlepszym dowodem.
   Długo w noc się ciągną długie Polaków rozmowy. Tutaj dopiero; przy szwedzkiej kei, konstatujemy naszą krajową różnorodność. Bo oto siedzimy w ciepłym kręgu lampy zjechawszy na wielką wodę z Gdańska i Gdyni, Helu i Jastarni, ale też z Bytomia, Krakowa, Gliwic, z Warszawy; z całej Polski.
   Pierwszego stycznia mokry śnieg spadł na Karlskronę, oblepił pokład statku grubą warstwą, przykleił się do masztów, wypełnił załamania zmarlowanych żagli, pokrył ulice mieszaniną bieli i błota. Puste ulice, tylko kilku wikingów po prowizorycznym mostku targa resztki rakietowych wyrzutni ze skały na brzeg. Jedyny to ślad życia, prócz haven majstra, który, pomny obietnicy, zajeżdża rano z kluczem od łaźni.
   Gorący tusz pokrywa parą okna z widokiem na pustą marinę i nagie drzewa i skały po drugiej stronie rozlewiska. Rozpoczynamy nowy wiek od odkręcenia kurka z gorącą wodą. No, niezupełnie. Najpierw trzeba się rozdziać: czapka i rękawice, potem pierwsza kurtka, potem druga kurtka, potem pierwszy polar.  Drugi polar i docieram do podkoszulka, a potem już szwedzki prysznic, długie wysychanie i noworoczny spacer świątecznie ustrojonymi  ulicami miasta.  Młodzież odwiedza Mc. Donalda, starszyzna woli bardziej miejscowe menu co jednak kończy się w chińskiej restauracji o wyglądzie włoskiej pizzerii.  Ogień w gębie, chociaż mam podejrzenie że to skutek sosu, specjalnie długo wybieranego i polecanego przez doktora (globtroter).
   Jesteśmy tu, ale powoli chcemy być tam. Miasto drugiego stycznia wraca do normalnego rytmu pracy, my wracamy na morze. Karlskrona żegna nas gościnnie zapaleniem sektorowego światła na Godnatt. Coast Guard przez radio życzy dobrej podróży.
   Stawiamy żagle i z wiatrem lecimy do domu. Morze w nowym wieku jest takie samo. Takie samo jak przed wiekami. Tak samo groźne, zimą jeszcze groźniejsze. Na kanale 16 UKF słychać MAYDAY RELAY rybackiej łodzi, która się wywróciła a załoga dryfuje w wodzie. Memento, że pomimo GPSu, radaru i innych Imarsat’ów nie jest to miejsce na niedzielne przejażdżki.
   Polski brzeg dochodzimy przy Stilo. Wiatr się obraca na SE i rośnie do siedmiu, całonocne halsowanie przesuwa nas o sześć mil na wschód, odpalamy silniki. Najpierw pod wiatr, mozolnie i powoli wzdłuż Półwyspu, potem HLS i z wiatrem kurs na Jastarnię. Cumujemy w padającym deszczu, dokładnie o północy z piątego na szósty stycznia 2001 roku. Zamknęliśmy naszą małą pętlę na drugą stronę morza i z powrotem. Pozostały wspomnienia, wielka satysfakcja i zadowolenie.

Jarek Czyszek