Sylwester 2003/2004 na s/y Joseph Conrad

> > Pieciometrowe fale, podarte zagle, sztormowania, dryfowania, balangi,
>>  biale  misie itd. a zadnej relacji niet ? Czy Wam co poodmarzało? :-D

No to spróbuje cos wyskrobać.
Z góry zastrzegam: relacja subiektywna i przedstawiająca jedynie to, co ja uznałem za ważne ( lub zapamiętałem:))))) ewentualnie, przy czym byłem obecny) i MOJE wrażenia, stad od razu apel o komentarze do niej innych uczestników rejsu na J.Conradzie.... lub własne relacje.
Cala załoga zjechała się zgodnie z planem do godz. 13 w niedziele 28.12 , ponieważ przejmowanie jachtu przeciągało się (trzeba było m.in. zainstalować gniazdka kum. do ładowania GSM i podłączenia rezerwowego GPS-a , który z punktu stal się podstawowym) , to zrezygnowaliśmy z wyjścia w tym dniu i przełożyliśmy na rano w poniedziałek . Odwiedził nas też Jurek Makieła :)))
.
     Wyszliśmy mając w planie może Karlskrone, może Nekso w zależności jak się rozwinie, no i rozwinęło się tak, ze zaczęło nam w nocy 30/31 z SW odkręcać na W i później NW, co spowodowało, ze wylądowaliśmy ostatecznie w Nekso ok. godz. 17.15 w Sylwestra:) Było tez ładne kilka h flauty.
     Po nawiązaniu łączności z Solarisem chcieliśmy dołączyć do nich w Ronne (pod warunkiem , ze załatwią prysznice) , ale wykonana  próba pójścia na wiatr na silniku (a za cyplem z latarnia Due Odde musielibyśmy tak iść) dala rezultat , ze dopłyniemy rano w Nowy Rok (ta nieszczęsna śruba ... ), A wiec Solaris zgodził się zawrócić z podejścia do Ronne i przyjść do Nekso , stawiając warunki : prysznic i bunkierka z paliwem, odpowiedziałem , ze maja załatwione :))) . Prysznic się znalazł - umywalka z ciepłą wodą - nie można było znaleźć nikogo , kto dalby nam kod do „uczciwych” pryszniców.  Natomiast bunkierka była łatwa : wiedziałem , ze grupa pl.r.z to potęga , a od czego są SMS-y i taka osoba , jak J. Makieła ??? No od czego , pytam ?!!  BTW, nie wiem jak inni , ja wiedziałem/byłem pewny , ze jeżeli pojawią się jakieś kłopoty z informacja , to przez Jurka je załatwię i stanowiło to dla mnie dość duże wsparcie - dziękuje mu za to.
     Ostatecznie Solaris dotarł do nas ok. 21-szej i czekały na niego trzy rożne ścieżki do bunkierki , z nazwiskami i nr telefonów :))) oraz grzane wino , choć ze wstydem przyznam , ze mało go było :(((( Później jeszcze były toasty , szampan i szanty , które Szczepan/Tadeusz na gitarze prowadził.
     Następnego dnia , miałem następujące „warunki brzegowe” : prognozy (via SMS i Herr Bart z DeutschlandfFunk und DeutschlandRadio Berlin ) , które mówiły NE 7-8 bez zmiany kierunku w dalszej perspektywie , zdanie jachtu 03.01 i napęd mechaniczny , który dawał ok. 2 kn pod słaby wiatr i ok. 120 Mm do Rozewia : po analizie sytuacji barycznej , gdzie najbliższy niż na W z wartości 980 miał mieć następnego dnia 1000 uznałem , ze wyjdziemy i spróbujemy się pohalsowac ( były to jedyne informacje , jakimi dysponowałem ) , pożegnaliśmy Solarisa i Tomek oddal nam cumy.  Całkiem spokojnie zarobiliśmy ze 40 Mm w dobrym kierunku , gdy zaczęło się rozwiewać i żagle (mała genua i mały grot) nie wytrzymywać . Grot wytrzymał ,  natomiast w genui poszedł róg szotowy .
     Odczekałem do rana i spróbowałem postawić małego foka , trochę nam zeszło z tym stawianiem , bo szoty uparcie chciały być pod lifeliną i po postawieniu okazało się że możemy go ściągnąć , bo zaczyna się rozłazić w szwach.    Samo ściąganie/stawianie tez było przyjemnością - gdy się stało na dziobie , woda czasami była po kolana , gdy siedziało , a trzeba było siedzieć , bo bezpieczniej  ....
      Po półtorej doby „zabawy” włączyłem komórkę i odebrałem SMS o „storm warning 11 !!!” nadany o 18.03  - Wtedy już byliśmy poza zasięgiem Bornholmu (choć wg mnie o żadnej 11-tce mowy nie było - najwyżej 9 i fala 4 do 5m w porywach), bo odcumowaliśmy o 14 .
     Troszkę mnie wtedy złapały wątpliwości, co dalej, ale na szczęście telefoniczna konsultacja z „Wygolonym wilkiem morskim” bardzo mi pomogła: wyciągnęliśmy kliwer, który wytrzymał i choć dalej kąt martwy jachtu wynosił ok. 140, to już przynajmniej płynął te 2,5 n., a nie jak wcześniej na samym grocie z 1,5 .... .
     Dziwne , ze na jachcie pojawił się worek ziemniaków , których myśmy nie ształowali i miętowe cukierki ... były wszędzie ! (cholery jedne :)))) ) , prześladowały mnie do końca : mimo ze wyrzucałem je , kiedy tylko na nie natrafiłem . Nawet wczoraj w domu , gdy rozpakowywałem worek , to jeden się przykleił do spodni z polara .... :)))) .
     Przeczekaliśmy koło Darłowa jeszcze z 12 h i gdy zaczęło słabnąc oraz odkręcać, to pomagając sobie dieselgrotem zaczęliśmy się posuwać we właściwą stronę:)))))))
Kląłem wtedy, ze zamiast S, SW o sile 5 było SE do S o sile morze 2....
Jeszcze na zatoce złośliwie zaczęło nam wiać w pysk , ale to już była kaszka
.... .
     Wracając do listy Jarka Czyszka , co musi być spełnione w zimowym rejsie , mój komentarz brzmi : można z tej listy usunąć radar , choć gdy jest , to oczywiście lepiej , natomiast Jarek zapomniał o jednej - podstawowej - sprawie : trzeba mięć Załogę !!!
     Ja miałem to szczęście , choć z drugiej strony na zimowy rejs raczej nie wybierają się ludzie z przypadku ... . Nie było załamań, zwątpienia, Przebijanie się przez lód na kanale portowym i Motławie (po tym jak Kapitanat Portu na moje pytanie odpowiedział „u nas lodu nie ma”..., To tez była przednia zabawa: na intencje Jurka M, który nas obserwował, wykonaliśmy pozorowany manewr cofania się i ponownego wjeżdżania dziobem na lód. Niepotrzebnie, bo na Motławie musieliśmy to już robić bez pozorów, a Jurek dalej obserwował:))))
Miąłem ten komfort, ze przynajmniej nie balem się, ze uderzę jachtem w keje.....:)))))
      Moje uwagi nt. stanu technicznego Conrada: po przemyśleniu stwierdzam, ze nie jest aż tak zły: znaleźliśmy żagle, które wytrzymały i to było najważniejsze, natomiast z pozostałych usterek armator doskonale zdaje sobie sprawę i mam zapewnienie, w które wierze, ze w najbliższym czasie będą usunięte, m.in. wymiana śruby.
     Jeżeli chodzi o jego „dzielność” ( na takiej fali), to była bez zarzutu - mało kołysał i rzadko brał bryzgi wody (sternik dostawał „wiaderko” najwyżej raz na 1h:)))) )
      W rejsie tym wspomagali mnie z brzegu: Radek Mackiewicz, Robak, Jarek Szczepanowski, Jurek Makieła i Bogdan Ł., Za co im dziękuje, ale przede wszystkim dziękuje Załodze - była świetna, 2, bez przesady i kurtuazji to piszę.
       Także Tomkowi i załodze Solarisa, ze dla spotkania z nami, (na którym mi zależało) dołożyli sobie jeszcze ze 4 h na morzu, choć tez już mieli dość i tęsknili do prysznica....

Pozdrawiam,
Janusz Drozd (nowy Kapitan Lodowy):))))

----------------------------------------------------------------------
>stad od razu apel o komentarze do niej innych
> uczestnikow rejsu na J.Conradzie .... lub wlasne relacje  .

Skoro kapitan wzywa to cos napisze.
Z mojego punktu widzenia (osoby o nikłym doświadczeniu morskim- kilka rejsów na materacu wzdłuż płaz rozmaitych mórz i oceanów;-)) to rejs na J. Conradzie był ciekawym doświadczeniem życiowym.
Jacht nie jest jednostka komfortowa. Wykonany i wyposażony w stylu lat 70-tych. Lecz dzięki doświadczonej załodze i swojej dzielności, jaka okazał w trudnych warunkach, dawał mnie ogromne poczucie bezpieczeństwa. Do tej pory balem się morza, a teraz uważam, ze można naprawdę przyjemnie po nim żeglować.
Nie będę pisał o szczegółach technicznych, bo inni już to zrobili. Napisze nieco o ludziach. Załoga składała się z osob płci obojga, z rożnych stron Polski w zróżnicowanym wieku. Tworzyła jednak bardzo zgrana grupę, która nie tylko potrafiła sprawnie działać, ale także świetnie się bawić. Tylko choroba zwana morska powodowała drobny zamęt na pokładzie. Ktoś nawet miał pomysł ucieczki samolotem (bez względu na koszty) na stały lad.
Kapitan- Janusz, człowiek o wielkiej wiedzy i cierpliwości, który po prostu żyje żeglarstwem; 
za-ca kapitana- Bart, siła spokoju określa zagrożenie ze strony dużych stow. w mierze kontowej: 2 stopnie wysokości -brak, 30 stopni to należy się martwic;-)
Szczepan- człowiek orkiestra, dzięki któremu poznałem szanty i pieśni żeglarskie, o których nie miąłem pojęcia. Bez niego nie byłoby tak udanych imprez.
Docent- z braku Maślaka robił czasami za odgromnik zlej energii;
Kuba- człowiek, który w prostych słowach potrafi powiedzieć wszystko; 
Kasia- miała słaby początek (straciła paszport), za to później było coraz lepiej;
Zakrzu- żeglarz z doświadczeniem i zamiłowaniem;
Gonzo- iskierka o niezmordowanej energii , zarówno do pracy jak i zabawy; 
Dorota- szara eminencja na jachcie, przygotowała i kierowała wszystkim, co nie było związane bezpośrednio z kierowaniem jachtem, bez niej zrobienie obiadu byłoby już problemem; 
Kinia- jej śmiech powalał każdego, tylko ta choroba ja strasznie sponiewierała; 
Ania, +1 (czyli ja) zwani akrobatami z Wrocławia- Ania, to moja ukochana kobieta, dzięki której się tutaj znalazłem, a ja- tym niech piszą inni.
Dziękuje wszystkim za cierpliwe wysłuchanie moich pytań i za ogrom wiedzy, jaką mnie przekazano, a przede wszystkim dobrą zabawę podczas całego rejsu.
Pozdrawiam
Akrobata z Wrocławia
Paweł ‘Jaro’ Jarowicz